Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą motywacja. Pokaż wszystkie posty

23 kwietnia 2015

Kto Ci wmówił, że jesteś brzydka?

Ten post może być dziwny. Może być chaotyczny, może mieć sto pięćdziesiąt dygresji, może się też zrobić bardzo osobiście. Ale może nie będzie tak źle :D 

Do napisania tego posta zainspirowało mnie pewne wystąpienie na TEDzie (dygresja nr jeden - jeśli jeszcze nie znasz TEDa, to koniecznie poznaj!), które podlinkuję za moment. Ale chciałabym zacząć od innego filmiku, który już pewnie wszyscy znacie:




Nikt z nas nie rodzi się z poczuciem, że jest brzydki. W ogóle - nikt nie rodzi się z poczuciem estetyki. Skąd wiemy co jest ładne a co jest brzydkie? Uczymy się tego od otaczającego nas świata. Widzimy co podoba się innym, a co nie. Uczymy się o światowych wzorcach piękna na zajęciach z historii czy plastyki. A potem oglądamy pięknych ludzi w telewizji. Uczymy się, że żeby osiągnąć sukces musimy być piękni. Oczywiście "piękni" według ogólnie przyjętego wzorca. Zastanawiamy się, dlaczego przystojny aktor ożenił się z "grubą babą", bo to przecież sprzeczne z logiką. Żeby być czegoś wartym, trzeba być pięknym.




Ale wracając do początku: pamiętasz jak byłaś mała? Byłaś księżniczką! Gwiazdą każdej rodzinnej imprezy. Potrafiłaś dać spontaniczny pokaz tańca na rynku nie wstydząc się niczego, a wszyscy dookoła robili Ci zdjęcia. A potem coś pękło. Pamiętasz kto to powiedział? Obśmiał Twój strój, pierwszego pryszcza, kiepską fryzurę. Wytknął Ci kolejne ciastko, twierdząc, że wcale Ci ono nie pomoże - powinnaś już pilnować figury, bo zrobiła Ci się fałdka. I to właśnie wtedy zaczęłaś się zastanawiać. Przecież to oni mają rację. Oni Cię widzą z zewnątrz. W szkole zaczęłaś słyszeć teksty, które w życiu by Ci nie przyszły do głowy. Że jesteś gruba, brzydka, nos masz krzywy, włosy myszowate. Poza tym wszystkie koleżanki narzekają na swój wygląd, więc nie możesz odstawać - byłabyś dziwna. Więc wpadłaś w to błędne koło. Kompleks na kompleksie, ciągłe narzekanie na siebie samą. 



Jak myślisz, czy te dzieciaki w szkole obrażały Cię dlatego, że "takie były i już"? Nie, one też musiały to wszystko od kogoś usłyszeć. Od starszych dzieci, od rodziców, objeżdżających celebrytów w telewizji. Od plotkar pod sklepem, komentujących nowy biust sąsiadki jak również to jak Kowalska się roztyła po trzeciej ciąży. 



A to właśnie to wystąpienie, od którego wszystko się zaczęło. Zrób eksperyment. Wpisz w pasku wyszukiwania hasło "czy jestem". Widzisz, co wyskakuje? 

Czy jestem ładna?
Czy jestem gruba?

Kiedyś miałam konto na vitalii. Połowa wątków, jakie tam zakładano to "czy mogę w tym wyjść z domu" i "na ile kg wyglądam". Jeżeli obejrzysz powyższy filmik, zobaczysz jakie odpowiedzi dostają ludzie, którzy zadają takie pytania. 

Kurde, dlaczego?

Dlaczego pozwalamy na to, żeby kilkunastoletnia dziewczynka czuła się bezużyteczna i brzydka? Dlaczego nie umiemy konstruktywnie krytykować (o konstruktywnej krytyce można przeczytać wiele mądrego u Ani z aniamaluje)? Dlaczego nie umiemy mówić komplementów?

A komplementy to jeszcze ciekawszy temat. Czy uważasz, że umiesz przyjąć komplement? Co robisz, gdy ktoś Ci powie, że ładnie wyglądasz? Uśmiechasz się, prostujesz i z dumą mówisz "dziękuję" czy garbisz się próbując schować się cała w swoich własnych ramionach i zaczynasz gadkę o tym, że przecież tylko narzuciłaś na siebie starą szmatę? Wierzysz, kiedy ktoś Ci mówi komplement?

To też jest bardzo ciekawe. To wcale nie jest problem dotyczący tylko dziewczyn. 90% znanych mi facetów, zarówno kolegów jak i byłych chłopaków nie wierzyła mi, kiedy mówiłam, że są przystojni. Wydaje nam się, że faceci są tacy pewni siebie. A oni mają takie same kompleksy jak my. "Nieprawda, jestem za chudy. Jak mogę Ci się taki podobać". "Nieprawda, jestem za gruby". "Za niski". "Mam za duży nos". "Zbyt odstające uszy". I to naprawdę byli bardzo przystojni faceci, z zachowaniem 100% obiektywizmu. 

I co, czy już wiesz, kto Ci wmówił, że jesteś brzydka? Że jesteś gruba? Że jesteś za głupia? 

Przecież to wszystko jest w nas. W ludziach, którymi się otaczamy. W emocjach, które wypuszczamy na zewnątrz. Nie masz kontroli nad tym, co mówią inni. Ale masz kontrolę nad tym, co mówisz Ty i nad tym, jak reagujesz na innych. 

Przyjmij komplement. Odbij krytykę. Powiedz koleżance, że ładnie dziś wygląda. Uwierz mi, w każdym znajdziesz coś, co możesz pochwalić. Spróbuj. Niech to będzie na początek coś prostego - sukienka, torebka, okulary, etui na telefon. Może makijaż? A może żart, który powiedział kolega? Nie bój się przyznawać, że coś Ci się podoba! Być hejterem jest diabelnie łatwo. Ale przyznać się publicznie do tego, co Ci się podoba, to już zupełnie inna, piękna umiejętność :)





Podoba Ci się u mnie? Możesz polubić stronę bloga na facebooku, zaobserwować go na bloglovin, albo wejść na mój instagram! Zapraszam :)

11 marca 2015

Piosenki, które dają mi kopa

Chyba każdy ma takie ulubione piosenki, dzięki którym od razu poprawia mu się humor, kręgosłup się prostuje, kroki stają się równiejsze i ogólnie jest mu lepiej. Muzyka ma niesamowitą moc. Na pewno o tym wiecie ;) Więc jakie piosenki dają mi kopa?

weheartit.com



"All of his questions, such a mournful sound
Tonight I'm gonna bury that horse in the ground
Cause I like to keep my issues drawn
It's always darkest before the dawn
(...)
And it's hard to dance with a devil on your back
So shake him off!"


"oddech weź, 
już najgorsze jest za Tobą
w końcu gdzieś, 
będzie lepiej, daję słowo 
nie bój się, 
uwierz w siebie, masz już wszystko 
poczuj więc, 
że przed Tobą cała przyszłość 

przecież wiesz 

że cisza i wiatr
słońce i radość
deszcz na Twych skroniach
cóż więcej mógłbyś chcieć"


"Wokół mnie tylu ludzi - chciałbym widzieć lepszy świat
chciałbym zabrać ich do góry, powiedz
jak wiele mogę im dać?"


"Don't tell me not to fly--
I've simply got to.
If someone takes a spill,
It's me and not you.
Who told you you're allowed
To rain on my parade?"

(Tak, wolę tę wersję od oryginału ;) )


"Why should we care for what they’re selling us anyway?
We’re so younger than you know, whoa
You don’t have to be there, babe
You don’t have to be scared, babe
You don’t need a plan of what you wanna do
Won’t you listen to the man that’s loving you"


A jakie piosenki dają Wam kopa?



Podoba Ci się u mnie? Możesz polubić stronę bloga na facebooku, zaobserwować go na bloglovin, albo wejść na mój instagram! Zapraszam :)

4 czerwca 2013

Jak żyć i nie zwariować.

Czy czujesz się szczęśliwa?


Dzisiejszy post może wyjść bardzo dziwnie, bo sama jeszcze nie do końca wiem, co chcę Wam przekazać i czy w ogóle warto, ale doszłam do wniosku, że jeżeli moje rozkminy mogą kogokolwiek do czegoś przekonać/zainspirować/zmotywować, to spróbuję. Może komuś się to po prostu przyda :D

Odkąd byłam mała - no może nie taka całkiem mała, załóżmy, że był to koniec podstawówki albo początek gimnazjum - przy każdej możliwości pomyślenia życzenia, prosiłam o to, żeby być szczęśliwą. Bez jakiejkolwiek definicji czy konkretnego obrazu. Po prostu chciałam być szczęśliwa. 
Ale oczywiście z moim wrodzonym lenistwem, umiłowaniem do prokrastynacji i generalnym podejściem, że tak jak jest nie jest źle, więc po co cokolwiek z tym robić. 

Później trafiłam na blogi typu Design Your Life, Happyholic czy Ania Maluje i byłam pod wrażeniem, że tym dziewczynom się chce. Że faktycznie coś robią, a nie tylko mówią.

A jeszcze później trafiłam na to:

Tak, ja wiem, to strasznie durne znajdywać motywacje do życia na kwejku. 
Ale wbrew pozorom na mnie takie banały działają najlepiej.
No bo niby dlaczego nie?

Więc zaczęłam od dzisiaj.

W tym momencie kończę wstęp z serii "Urzekła mnie Twoja historia", bo myślę, że nie potrzebujecie czytać o tym, co działo się w moim życiu przez ostatnie pół roku.
Przejdźmy teraz do meritum, czyli do tego, do czego przy tym wszystkim doszłam. 



Te z Was, które czytały "Projekt Szczęście" (ja już prawie kończę :P) pewnie pamiętają jej spis wielkich prawd. Czyli po prostu serię oczywistych banałów, które każdy z nas jakoś tam zna, ale prawda jest taka, że jak ktoś nam coś takiego powie, to dopiero wtedy to do nas trafia :D

Także zapraszam na Serię Życiowych Banałów wg Niki:

Żeby nie było - są to zasady, które staram się wprowadzać i jako tako się ich trzymać. Wcale nie twierdzę, że stałam się już ideałem i to wszystko świetnie u mnie działa :D
Niestety, jestem tylko kobietą xD

#1 Nie marudź i nie rób z siebie ofiary. 

Potrafię być największą marudą na świecie. Moi znajomi, którzy to teraz czytają wiedzą to na 100% :D Sprawia mi przyjemność marudzenie na pierdoły typu pogoda czy złamany paznokieć. 
Tylko w sumie po co?
Po co psuć humor sobie i osobom dookoła, skoro można znaleźć pozytywne strony praktycznie każdej sytuacji, albo poszukać rozwiązania. 
To właśnie przykład rzeczy, na którą marudziłam ponad rok. A rozwiązanie było banalnie proste. 

Gorszą częścią marudzenia jest robienie z siebie ofiary. 
Co to znaczy?

"Bo mnie nikt nie lubi"
"Bo mnie nigdy nie zapraszacie"
"Bo ja nie umiem tak ładnie rysować"
"Bo ja jestem gruba"

Nie lubimy słuchać takich tekstów, prawda?
To nie produkujmy ich sami. 

Jeżeli mamy wpływ na coś, na co narzekamy, to to zmieńmy, jeżeli nie to...

#2 Nie przejmuj się rzeczami na które nie masz wpływu, ani tymi, które nie mają wpływu na Ciebie. 

Jeżeli nie możesz czegoś zmienić, to jaki jest sens się tym przejmować? 
Lepiej zaakceptować, przyzwyczaić się, znaleźć pozytywy. 

Jeżeli coś nie ma wpływu na Ciebie, to czy warto robić z tego aferę? 
Nie mówię tutaj o olewaniu spraw ważnych, ignorowaniu sąsiada bijącego żonę czy zamieszek w Turcji, tylko dlatego, że przecież mnie to nie dotyczy. 

Chodzi mi o sytuacje, w których np. niektórych denerwuje, że inna osoba robi coś inaczej.
Nie podoba nam się jej ubiór, tusza, sposób na życie, ilość partnerów seksualnych itp itd
A co to zmienia w naszym życiu?
Nic.
To po cholerę zajmować sobie tym głowę.

I na koniec tego punktu:


#3 Jeżeli robisz coś z własnej woli, nie oczekuj nagrody

Jestem pewna, że przynajmniej raz w życiu zdarzyło Wam się zrobić coś "bezinteresownie", a potem być wściekłymi, że nie zostałyście docenione. 
Posprzątałaś cały dom na błysk sali operacyjnej i nikt nie zauważył. 
Odrabiałaś lekcje za koleżankę przez cały rok, a ona nie chciała się odwdzięczyć.
Takie przykłady można mnożyć i mnożyć, ale myślę, że doskonale wiecie, o czym mówię. 

Jeżeli robisz coś dla kogoś, żeby sprawić mu przyjemność, nie oczekuj, że ta osoba Ci się odwdzięczy, że będzie Cię całować po stopach, ani że w ogóle to doceni. 

Ciesz się, że komuś pomogłaś, że zrobiłaś coś dobrego i pomagaj dalej.

Bo pozytywna energia i tak kiedyś do Ciebie wróci ;)

#4 Rób to, co sprawia Ci przyjemność i miej innych gdzieś

Ten punkt sprowadza się tak naprawdę do tego, żeby nie przejmować się tym, co inni myślą. 
Bo jeśli jesteś w czymś dobra, to nieważne, czy haftujesz, piszesz bloga, robisz ludziki z kasztanów czy hodujesz poziomki - to zajebiście, że jesteś w czymś dobra. Ci, którzy śmieją się z Twojej pasji po prostu zazdroszczą Ci tego, że jakąś masz.

A nawet jeśli nie jesteś w tym dobra, ale sprawia Ci to przyjemność, rób to dalej  i się nie wstydź - w końcu to Tobie ma sprawiać przyjemność. 

Ja bardzo długo ukrywałam to, że mam bloga. 
Teraz w sumie nie wiem po co. Kto się pośmiał ten się pośmiał, komu się spodobało ten czyta go dalej. 
A ja nie muszę się już przejmować tym, że ktoś znajdzie coś, czego nie powinien. 

#5 Nie obrażaj się, bo:


#6 Spędzaj czas z pozytywnymi ludźmi

bo nie ma nic gorszego, niż trucie sobie życia osobami, które ciągną Cię w dół, zamiast pchać do góry. 
Zerwij kontakty z ludźmi, którzy sprawiają, że czujesz się źle. 
Albo spróbuj im wytłumaczyć, że nie życzysz sobie, żeby to robili. 

I na koniec pozytywny akcent: 




Nie mam pojęcia czy ten post Wam się spodoba i czy nie zbłaźniłam się kompletnie wypisując tu te wszystkie banały :P 
Dajcie znać w komentarzach co o tym wszystkim sądzicie i jakie są Wasze sposoby na radzenie sobie z życiem ;)




Chcę Was też przeprosić za przestój na blogu. Dopadła mnie przedsesyjna rzeczywistość, która w połączeniu z moim niskim ciśnieniem sprawia, że jeżeli już mam wolną chwilę, to śpię, nie mając siły na nic, niestety z wymyślaniem notek na bloga włącznie. Myślę, że doskonale rozumiecie, że nie ma sensu, żebym pisała na siłę, kiedy nie mam weny, czasu i ochoty ^^ Będę się starać jak umiem, ale nic nie obiecuję.

4 maja 2013

Zrób to wreszcie!

Ile razy mijałaś stertę papierów i mówiłaś "trzeba to posegregować"?
Ile razy myślałaś "muszę w końcu poukładać te rzeczy"?
"Chciałabym wreszcie schudnąć"
"Mogłabym się bardziej zorganizować"
"Można by bardziej zadbać o ten ogródek"?



Na pewno każda z Was pomyślała tak o przynajmniej jednej rzeczy.
Więc dlaczego tego w końcu nie zrobisz?


Tematem filmików Nikki w tym miesiącu jest "Make it happen MAY"
Będzie mówiła o ludziach którzy ją inspirują, o tym co ona w końcu chce zrobić itp. 

Przy pierwszym filmiku zadała "pracę domową" polegającą na wyznaczeniu sobie OSIĄGALNYCH celów na ten miesiąc. Tak, żeby pod koniec miesiąca móc cieszyć się z efektów, a nie płakać, że znowu się nie udało.

Ja stwierdziłam, że taka wspólna akcja może pomoże mi w końcu się ogarnąć z niektórymi rzeczami i wyznaczyłam sobie swoje cele:


ORGANIZACJA:

*posprzątać w szafie - bo już nic nie mogłam w niej znaleźć
*zrobić wyprzedaż - bo mam kilka kosmetyków, których nie używam, a może komuś się spodobają
*wydrukować kalendarz na  biurko i robić rozpiski - bo ja już nic nie ogarniam, nie wiem co, kiedy, jak, gdzie i po co.

ZDROWIE:
* Rolki - jak najczęściej i jak najdalej
*hula hop - jak najczęściej
* Program 100pompek - przetrwać do końca miesiąca bez poddawania się
* Skrzypokrzywa - codziennie 
*Zejść poniżej 60 kg - wg dzisiejszej wagi mam do zrzucenia 1,5 kg. Oczywiście im więcej zrzucę tym lepiej, ale zejście i ustabilizowanie się na poziomie poniżej 60 kg będzie już dużym sukcesem
*Jeść zdrowe śniadania - bo jak zacznie się dzień dobrze, to później łatwiej wytrzymać
*Iść do dentysty! - Bo nie mogę się zebrać od nie wiadomo kiedy.

INNE:
*Przeczytać minimum 3 książki
*Pisać na blogu co 2 dni - bo go zaniedbuję.

Niektóre cele są długoterminowe, a niektóre jednorazowe. Część z nich już udało mi się zrealizować, praktycznie z marszu:


Wydrukowany kalendarz


Rzeczy z szafy do oddania.

Wystarczyło tylko znaleźć chwilę, ruszyć tyłek i to zrobić. 
I od razu mamy jedną rzecz z głowy i jeden punkt skreślony z listy (uwielbiam to uczucie)


Tutaj dzisiejsze zdrowe śniadanie - owsianka, pompki już zrobione, notka się pisze w tym momencie, mam nadzieję, że uda mi się pójść na rolki - muszę sprawdzić jak kostka będzie to znosić. 

Jestem ciekawa ile celów uda mi się ukończyć :) 
Do głowy cały czas przychodzą mi nowe, które tak naprawdę można zrealizować w 15 minut (pierdoły typu znalezienie czegoś w internecie, czy posprzątanie w jakimś pudełku).
Chodzi tylko o to, żeby zebrać się do zrobienia rzeczy, które odkładało się od dłuższego czasu - mniejszych, większych - nie ważne!

Zachęcam Was do obejrzenia filmików Nikki i spróbowania postawienia sobie chociaż jednego celu, który mogłybyście zrealizować w tym miesiącu :)

Make it happen!








16 kwietnia 2013

Rolki rolki rolkiiiii!!! Wycieczka po Piasecznie i trochę o marudzeniu :)

Ten post zacznę od przytoczenia kolejnej historyjki z serii jak to Nika miała dobrze na blokowisku a jak jej źle na wsi. Ci, którzy mają ich już dosyć mogą od razu przeskoczyć do następnego akapitu :P

Jak część z Was może pamięta, przeprowadziłam się prawie dwa lata temu z uroczego osiedla z wielkiej płyty na warszawskich Bielanach do jeszcze bardziej uroczego domku z kominkiem (kto ogląda rodzinkę.pl to może sobie poimaginować) na południowym końcu Warszawy. Paradoksalnie, mieszkając w mieście miałam obok siebie las i kilka parków, oprócz tego całe osiedle było przeplecione zielenią i betonowymi alejkami idealnymi do jazdy na rolkach. Tutaj nie ma nawet gdzie iść na spacer. I nie, to nie jest tak, że ja przesadzam, bo jestem na zesłaniu. Tu na spacer się chodzi wokół mojego osiedla, ewentualnie do sklepu, a w poszukiwaniu większej rekreacji jedzie się do Fashion House'a. Tak więc od przeprowadzki na rolkach byłam RAZ, na Nightskateingu w Warszawie.

Pierwsze podejście do rolek zrobiłam w sobotę, chcąc zrobić rekonesans po okolicy. A nuż się coś znajdzie. Pojeździłam jakieś 20 minut, niestety wszędzie kostka, a uliczki kończą się ślepo w polu. Przyjemność z jazdy średnia. Ale to zawsze coś.

Dzisiaj pogoda była cudowna, w centrum co chwilę ktoś na rolkach, a ja marudzę, że poszłabym na rolki, ale tak bardzo nie mam gdzie. Pewnie, mogłabym wsiąść w pociąg i pojechać nad Wisłę, ale z tego już się robi grubsza wyprawa, a ja jak chcę iść na rolki to je zakładam i wychodzę, tylko wtedy to działa. Ale potem stwierdziłam, że tak nie można. Od dwóch lat narzekam, że nie mam gdzie jeździć, a nawet nie spróbowałam znaleźć rozwiązania.

Po wejściu do domu weszłam na mapy google i zaczęłam szukać w okolicy miejsca, gdzie dałoby się pojeździć. Et voila! W Piasecznie jest park miejski!

Sprawdziłam trasę, pokombinowałam jak pojechać tak, żeby mieć chociaż jako taki chodnik i wyszłam :)


Łatwo nie było. Wszystkie chodniki z kostki, tylko w kilku miejscach mogłam jechać po ulicy, spory kawałek musiałam przejechać wzdłuż ruchliwej drogi, po której jeżdżą TIRy i strasznie pylą. Ale to nie ważne. 
Już po pierwszych kilku metrach czułam się przecudownie, miałam łzy szczęścia w oczach i śmiałam się do siebie jak głupia :D Rolki są lepsze niż terapia, obiecuję :) 

Przy okazji pozwiedzałam Piaseczno, w którym wcześniej byłam tylko w celu pójścia do Rossmana i raz na basen :P

Miasteczko od strony trochę innej niż Puławska:



Park :)




Sam park niestety okazał się dość słaby, przede wszystkim bardzo zaniedbany, alejki niby betonowe ale potrzaskane strasznie. Ale i tak było warto :)

Plac miejski:




Tutaj na pewno jeszcze przyjdę i pokażę Wam więcej zdjęć :)

A całość od strony treningowej wyglądała tak:


Sto razy bardziej wolę to, od Chodakowskiej przed telewizorem. Jutro postaram się to powtórzyć, może trochę zmodyfikuję trasę :D

Jaki jest morał tej przydługiej historii, przez którą pewnie niewiele z Was przebrnęło, oprócz tego, że nie ma nic lepszego na chandrę, niż rolkowy zastrzyk endorfin? 

Zamiast narzekać, spróbuj znaleźć rozwiązanie, bo czasem może ono być trywialnie proste :)

Buziaki!





16 czerwca 2012

Dlaczego lepiej się mierzyć niż ważyć...

... i czemu nie powinniśmy porównywać się z innymi.

Dzisiaj kolejny post z serii zdrowie - odżywianie - odchudzanie, ale zachęcam, żeby przeczytali go również Ci, którzy nigdy się nie odchudzali i nie mają zamiaru. W celach czysto informacyjnych ;)



Zacznę od tego, dlaczego lepiej się mierzyć, niż ważyć. 

Pewnie każda z Was, jeżeli kiedyś się odchudzała, zauważała dziwne skoki wagi. A może waga stała, za to spodnie robiły się mniejsze? Albo waga spadała, a w lustrze dalej to samo?

I właśnie o to chodzi - waga nie mówi nam nic, oprócz tego z jaką siłą przyciąga nas ziemia. Albo jak powinniśmy wyregulować zapięcia w nartach. Nic więcej. 

Waga nie zwraca uwagi na to ile mamy wody w organizmie. Ile mięśni. Ile tłuszczu. Centymetr tak. 

Jako przykładem posłużę się ulubionym sportowcem mojego mężczyzny:

www.fitnessfreak24.com

LeBron James, koszykarz Miami Heat waży 113 kg przy wzroście 203 cm. Jego BMI wynosi 27.4 i według tego wskaźnika ma ponad 10 kg nawagi. 

Ale czy wysłałybyście go na dietę odchudzającą? 

Nie, bo tłuszcz w jego orgazmie zajmuje tylko 5-7%. 

A tutaj randomowa osoba znaleziona przez google z takim samym BMI:

www.forums.johnstonefitness.com

Skąd taka różnica, skoro BMI jest takie samo? Ten pan ma ponad 23% tłuszczu w organizmie. 

Tłuszcz jest lżejszy od mięśni, dlatego potrzeba go więcej, żeby przytyć/zrzucić kilogram. 
Proporcje wyglądają mniej więcej tak:

www.buzzhunt.co.uk/wp-content/2011/12/muscle-v-fat.jpg

Trochę przerażające, prawda? 

I właśnie z tych dysproporcji wynika to, że osoby umięśnione często ważą więcej niż swoi znajomi o tym samym wzroście a wyglądają o wiele lepiej. 

Kolejną sprawą jest tzw. skinny fat - coś co dotknęło m.in. mnie:

Jeżeli chudniemy tylko ograniczając ilość jedzenia, bez ćwiczeń, tak jak ja to wielokrotnie robiłam, owszem, zrzucimy kilogramy - ale oprócz tłuszczu zapewne zrzucimy też mięśnie. Będziemy ważyć mniej, ale dalej będziemy galaretowaci. 

Dzieje się to zwłaszcza przy popularnych dietach niskokalorycznych!

Dlatego ja mimo wagi idealnej do mojego wzrostu nie wyglądam tak, jakbym chciała. Mam 24% tłuszczu - tylko jeden procent od granicy nadwagi!!!

TU możecie policzyć ile macie procent tłuszczu w organizmie. 
I moim zdaniem to najlepszy sposób na sprawdzenie swoich postępów w odchudzaniu :)

Kolejnym powodem, dla którego nie powinnyśmy się ważyć, tylko mierzyć jest to, że nasza waga strasznie skacze. Zwłaszcza u nas - kobiet. 
Zmienia się przede wszystkim zawartość wody w organizmie - zwłaszcza przed okresem, kiedy czujemy się opuchnięte. I wtedy zaczyna się płącz, bo na wadze plus 2 kg mimo jedzenia jak ptaszek i katowania się na siłowni. A tydzień później nie ma po tym śladu, ba, może nawet ważymy jeszcze mniej niż wcześniej.

Nie ma też co panikować, jeżeli jednego dnia się zaszalało, a następnego na wadze widać dodatkowe kilogramy. OBIECUJE że dwa kilogramy tłuszczu nie odłożą się przez jedną noc. To prawdopodobnie woda, która zatrzymała się w organizmie i resztki jedzenia z wczoraj, którego organizm jeszcze nie zdążył przetrawić. Po dwóch dniach zdrowego odżywiania wszystko wróci do normy. 

Dlatego dziewczyny - przede wszystkim słuchajmy się centymetra, waga niech służy tylko do ogólnej kontroli. Ja aktualnie ważę się i mierzę raz na dwa tygodnie, wagę wyniosłam do brata do szafy, żeby nie kusiła mnie w łazience - nie ma nic gorszego, niż wpaść w paranoje codziennego ważenia!

www.writers-network.com

A teraz trochę o tym, dlaczego nie warto porównywać swojej figury z innymi, a przynajmniej warto być przy tym bardziej racjonalnym.

Każdy z nas oprócz mięśni i tłuszczu, które możemy kontrolować, ma jeszcze szkielet, z którym niewiele się da zrobić - ja wiem, że niektóre panie wycinają sobie żebra, żeby mieć węższą talie, a niektórzy panowie żeby móc wyginać się w dziwnych kierunkach, ale ani to mądre, ani potrzebne. 

Prawda jest taka, że to, jak zbudowany jest nasz szkielet definiuje naszą sylwetkę. Pewnie, możemy ćwiczyć, pilnować tego co jemy itd, ale pewnych rzeczy się nie przeskoczy. 

Ja jestem raczej średniego wzrostu, nie mam długich nóg, za to mam szerokie biodra i żebra.
Właśnie z tego powodu raczej nigdy nie zmieszczę się w 36, nie mówiąc już o 34 - nie zmieszczę się w żebrach! 

Dlatego nie traktujmy rozmiaru jako oceny naszej figury - im mniej tym lepiej. 
Traktujmy to tak, jakby to nie były cyferki, tylko typy - Rozmiar 38 - budowa A, 36 budowa B i 34 budowa C. 

tumblr.com

I następnym razem przeglądając inspirujące zdjęcia chudych dziewczyn warto wziąć pod uwagę, że nie każdy może tak wyglądać. Nie każdy może mieć nogi do nieba, i talię osy. Więc nie mierzcie do nieosiągalnych celów, bo to się skończy tylko i wyłącznie frustracją ;)

I macie zdjęcie dobrego jedzonka na deser :D :

tumblr

Uprzedzając pytania: 
Mam 167 cm wzrostu, aktualnie ważę 56,6 kg, mam 23,7% tłuszczu. 

Jestem ciekawa czy wyniosłyście coś nowego z tego postu :) 
Buziaki!











10 czerwca 2012

A teraz pójdziesz stąd i zrobisz coś ze swoim życiem.

Czy jakoś tak. To z Gwiezdnych Wojen :D

Pewnie część z Was widziała ostatnie Vlogi Szusz. Jeżeli nie, to zachęcam!





Ja z Szusz się absolutnie zgadzam i powiem Wam, że ostatnio staram się być mniej krytyczna wobec innych i siebie samej. Nikt nie jest idealny, ale każdy jest cudem. Serio.

Do tego o czym mówi Szusz chciałabym jednak dodać coś od siebie:

Szusz skupia się na tym, żeby olać to, co mówią inni i pokochać siebie. Pewnie! Ale co jeśli nie umiemy pokochać siebie? Jeżeli nasze wady zbytnio nam w tym przeszkadzają? Nie będziemy się przecież zmuszać do miłości, bo z takich związków nigdy nic dobrego nie wychodzi.

Nic mnie tak nie wkurza, jak ludzie, którzy narzekają na swój wygląd itd i NIC z tym nie robią.
Ja wiem, że Polki uwielbiają 'fat talk' gdzie mogą się dowartościować mówiąc sobie nawzajem, która to jest grubsza od której, która ma większy celulit itp.

Jeżeli coś Ci w Tobie przeszkadza, to zrób coś z tym! A jeżeli Ci nie przeszkadza, to przestań narzekać.

Tak, wiem, że czasami nie jest łatwo. Aparat ortodontyczny kosztuje krocie, z cerą nie poradził sobie żaden dermatolog. Ale nie ze wszystkim tak jest. Karnet na siłownie kosztuje trochę mniej, wyjście na jogging nie kosztuje nic. Na odpuszczeniu sobie tego batonika tylko zarobisz. Internet jest kopalnią wiedzy o pielęgnacji cery, włosów czy o modzie. Ze wszystkim można sobie poradzić. Trzeba tylko zacząć coś z tym robić.


I jeszcze jedna rzecz - jeżeli widzicie dziewczynę, która obiektywnie źle wygląda, to nie śmiejcie się z niej. Nie ma po co. Ale jeżeli to osoba z Waszego bliskiego otoczenia to spróbujcie jej pomóc. Podpowiedzieć jej, w jakiej fryzurze wyglądałaby lepiej, pomóc jej dobrać odpowiedni kolor bluzki. Bez czepiania się, bez zbędnej krytyki. Jest tyle dziewczyn, które są piękne, ale nie potrafią tego odpowiednio wyeksponować! Ba! Specjalnie się oszpecają. Dlaczego? 

Szanujmy siebie nawzajem i nie oceniajmy nikogo pochopnie :)

I żeby nie było - nie chce nikogo moralizować czy mówić mu co ma robić. Niech każdy robi co chce. Ale niech robi to tak, żeby nie krzywdzić nikogo, a przede wszystkim nie krzywdzić samego siebie. 


Przepraszam Was, za taki monolog, ale musiałam się z kimś w końcu podzielić swoimi przemyśleniami :D 
I pamiętajcie o tym, że pozytywne nastawienie ma niesamowitą moc :)


Postaram się jeszcze dzisiaj dodać post z ulubieńcami, ale nic nie obiecuje! :)

A teraz idź do lustra, spójrz na siebie i doceń, jaka jesteś piękna :)




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...